Zmarł Jerzy Kawalerowicz Rok 2007 zaznaczył się odejściem wielkich reżyserów XX-wiecznego kina. Należał do nich Kawalerowicz, autor "Pociągu"... >>
Wiadome niusy
2007-09-22
PrzegladPrasy / "Rzeczpospolita" - Polacy niechętnie wyjeżdżają za granicę
"Rzeczpospolita" obala mit młodego polskiego inżyniera, który marzy o wyjeździe za granicę. Znacznie chętniej niż Polacy pracę poza ojczyzną podjęliby młodzi Niemcy i Francuzi. Blisko 85 procent studentów uczelni technicznych w Niemczech chętnie poszuka pracy w innym kraju. Deklaracje polskich studentów plasują się na poziomie młodych Brytyjczyków, Norwegów i Duńczyków. Około 65 procent z nich nie wyklucza wyjazdu z kraju za pracą. Nieco inaczej przedstawia się rankig szkół biznesowych. Tutaj najchętniej wyjazd deklarują Francuzi - około 84 procent. Nieco mniej chętni są Niemcy i Norwegowie - około 70 procent. Polscy ekonomiści wydają się być w tej grupie najmniej mobilni, skoro odsetek chętnych do wyjazdu wynosi najmniej - 59 procent. Wyniki badań wskazują na zmianę kryteriów wyboru pracodawcy. Coraz częściej liczy się prestiż, interesujące wyzwania, niż wyższe zarobki. Dlatego najbardziej atrakcyjnymi pracodawcami pozostają międzynarodowe koncerny, jak na przykład IBM, Nokia, czy Ernst & Young. Więcej o wyobrażeniach młodych ludzi o przyszłej karierze pisze "Rzeczpospolita". "Rzeczpospolita"/jp/ab
Zaledwie co trzeci niemiecki maturzysta rozpoczyna studia - alarmują niemieckie media. "Rzeczpospolita" pisze o problemach szkolnictwa wyższego u naszych sąsiadów za Odrą. Statystyki zwracają uwagę na fakt, że coraz więcej studentów rezygnuje z nauki przed jej zakończeniem. Ci, którzy kończą studia z dyplomem, przeważnie znacznie przeciągają okres nauki - pisze "Rzeczpospolita". Oznacza to, że liczba wykształconych osób będzie z każdym rokiem maleć. Zwłaszcza inżynierów i absolwentów kierunków ścisłych. Stosunkowo duża popularność kierunków artystycznych i humanistycznych przyczyniła się do naruszenia równowagi na rynku pracy. Zdaniem gazety, niektórzy humaniści kończą na przykład jako kierowcy taksówek, a niemieckie firmy narzekają na brak absolwentów uczelni techniczych. Zdaniem "Rzeczpospolitej" przyczyną kryzysu niemieckiego szkolnictwa wyższego są coraz większe koszty nauki i brak znaczących zmian w systemie kształcenia. Autorzy tekstu zwracają uwagę, że Niemcy wydają na edukację około 5,2 procenta PKB, co klasyfikuje ten kraj na końcu państw OECD. Więcej o problemach niemieckich uczelni w artykule "Dawniej kraj poetów, niedługo fryzjerów" w Rzeczpospolitej. "Rzeczpospolita"/jp/ab
Na terenie zlikwidowanego w kwietniu 1943 roku getta warszawskiego, Niemcy zbudowali obóz koncentracyjny - pisze "Rzeczpospolita". Ofiarami fabryki śmierci mogło być łącznie nawet 20 tysięcy osób. Obóz ulokowno na terenie opustoszałego getta. Baraki i komory gazowe zbudowano na dwóch podwórzach i na terenie dawnego więzienia wojskowego w obrębie ulic Zamenhoffa, Gęślej (dzisiejsza Anielewicza) i Okopowej. Początkowo powstały drewniane budynki, które z czasem zastąpiono murowanymi. Budynki otaczała strefa zamknięta, oddzielona wysokim murem getta. Zadaniem więźniów miało być uporządkowanie terenu getta. Pierwszy transport przybył do Warszawy z Buhenwaldu. Kolejne pochodziły między innymi z Aushwitz-Birkenau, a większość więźniów stanowili Żydzi z Grecji, Austrii, Francji, Niemiec, Węgier, Belgii i Holandii. Unikano transportów polskich obywateli, zdaniem autora tekstu celowo. Starano się maksymalnie odizolować mieszkańców miasta od ofiar, a także obawiano się kolejnego buntu. Obóz funkcjonował do lipca 1944 roku. Na kilka dni przed wybuchem Powstania Warszawskiego dokonano masowych egzekucji wśród chorych i wyczerpanych. Resztę więzionych zmuszono do morderczego marszu w stronę Kutna. Tam tych, którzy przeżyli wywieziono do obozu koncentracynego w Dahau. Powstańcy, którzy 5 sierpnia opanowali teren obozu, uwolnili 348 więźniów. Po wojnie na terenie niemieckiej fabryki śmierci ulokowano obóz jeniecki NKWD, zamieniony w 1945 roku na katownię UB. Ostatni więźniowie polityczni, w większości żołnierze Armii Krajowej, opuścili to miejsce w 1956 roku. Więcej informacji na temat obozu koncentracyjnego w centrum Warszawy w publikacji Bogusława Kopka w "Rzeczpospolitej". "Rzeczpospolita"/jp/ab
Biskup Antoni Długosz odpowiada na pytania dziennikarki "Gazety Wyborczej" o sens nauki religii. Przekonuje między innymi, że katcheza nie pownna być nudnym obowiązkiem szkolnym i wbrew wielu środowiskom nie może wrócić do salek katechetycznych. Ksiądz zdecydowanie odrzucił sugestie, by nauka religii w szkole obniżyła prestiż zajęć. Przypomniał, że przedmiot ten wrócił do szkoły w 1990 roku na prośbę rodziców, a katecheza w przykościelnych salkach wcale nie była tak kolorowa, jak przedstawiają to niektórzy. Małe sale, zajęcia łączące kilka różnych roczników, to ówczesna codzienność - mówi dziennikarce "Gazety Wyborczej" biskup Długosz. Argumentem przeciwko nauce religii w szkole nie jest też, według biskupa Długosza, brak nauczycieli etytki. Zwraca uwagę, że to nie wina Kościoła, że brakuje nauczycieli tego przedmiotu. Chociaż przyznaje, że w każdej placówce taki nauczyciel powinien być. Ksiądz zdecydowanie odrzucił argument o nieprzygotowaniu katechetów do pracy w szkole. Jak podkreślił biskup, poziom dydaktyczny księży to sprawa bardzo indywidualna. Podobnie jak nie zgodził się z postulatem, by nie wliczać oceny z religii do śreniej ocen. "Zależy mi na tym, by wreszcie katecheza była wartością dla uczniów, rodziców, nauczycieli, dyretkrów szkół" - powiedział biskup Długosz. Cały wywiad z biskupem Antonim Długoszem na temat nauki religii w szkole publikuje "Gazeta Wyborcza". "Gazeta Wyborcza"/jp/ab